Każdy dzień w pracowni Nature Concept zaczynam od roślinnych przeglądów. Dziesiątki roślinnych procestów, czeka na końcowy efekt adaptacji, by następnie trafić do Waszych domów. To świat, który całkowicie mnie angażuje.
Pracownia to nie tylko rośliny. To również miejsce, w którym obsługuję klientów, zajmuję się sklepem internetowym, tworzę treści i wpisy na bloga, składam zamówienia, organizuję dostawy, obrabiam zdjęcia… a czasem muszę zająć się naprawą grzejnika. A poza tym sami wiecie ile sprzątania jest po przesadzaniu jednej rośliny. W Nature Concept jest to dla mnie ukochana norma. Mój mózg kocha takie działania i czuję się najlepiej w czymś co nie jest powtarzalne.
Może być więc dla Was zaskoczeniem, że kiedy wracam do domu, króluje w nim… minimalizm i prostota. Po całym dniu wśród setek roślin, kompozycji i obowiązków potrzebuję przestrzeni wyciszenia, miejsca, gdzie mogę zmienić perspektywę.
Moja pracownia to świat pełen bujnej natury i kreatywności, ale mój dom – to miejsce wyciszenia. I właśnie w tej równowadze czuję się najlepiej.
Może być to dość nietypowe, ponieważ jako rasowa rośliniara powinnam mieć wybitne kolekcje w domu, ale tak nie jest. Stawiam na rośliny, którymi nie będę musiała się zajmować.
Na zdjęciu obok jest:
Sansewieria gwinejska ‘Laurentii’ Sansevieria trifasciata
Każdy dzień mojej pracy, daje mi poczucie satysfakcji, ale gdy zamykam bramy Nature Concept, chcę być inną wersją siebie.
Na każdym domowym stole dzieje się życie, akurat na moim całe tygodnie leżą puzzle, aktualnie w kształcie pizzy. Każdy wpadający promień słońca nie omija lustrzanej kuli, która rozświetla blinki po całej przestrzeni.
Lata temu na moim stole zawsze stały świeże kwiaty. Kwiaty są piękne, jednak wymagają pielęgnacji nawet przez te kilka dni kiedy swoim urokiem wypełniają przestrzeń. Wymiana wody, podcinanie łodyg, usuwanie tych, które pierwsze zwiędną.
Ten ulubiony rytuał kiedyś zaczynałam od wyjścia do kwiaciarni, wyboru kwiatów w zależności od nastroju, których nie mogłam doczekać się aż ułożę w wybranym wazonie. Układanie, przycinanie było dla mnie formą medytacji, randki samej z sobą.
Aktualnie na moim stole stoi Kalanoche, które pozytywnie działa i podnosi wibracje pomieszczenia przez swój ciekawy kształt i kolory. Kalanoche jest sukulentem dlatego nie wymaga zbytnio podlewania. Gdy o nim zapomnę brak wody pokazuje przez delikatne marszczenie, które zaraz po podlaniu znika.
Dlatego jest idealne – oryginalna forma i kolor, nic się nie obsypuje, nie trzeba przycinać.
Czy pamiętacie z dzieciństwa te błogie dni, kiedy deszcz uderzał o szybę, a krople powoli spływały po oknie? Był to czas na wyścigi – która kropla pierwsza dotrze na dół.
Dziś, podczas śniadania, wracam do podobnych uczuć. Obserwując swój zamknięty ekosystem roślinny, oglądam, jak krople wody osiadają i powoli spływają po ściankach szkła.
Od momentu kiedy pojawił się Bruno, mój syn, staram się wdrażać zdrowe nawyki. Dla siebie i dla niego. Wielu z nas wie, że przyjemnie je się oglądając telewizor, albo scrollując social media. Zauważyłam, że moje dziecko podczas oglądania Youtube zjada 3 razy więcej jedzenia, jego buzia i widelec jest jak na autopilocie. Dlatego miło podczas śniadania wpatrywać się w zieloną kompozycję, odkryć nowy liść czy dostrzec zmieniający się odcień zieleni pijąc ciepłą wodę. Taka obserwacja sprawia, że posiłek zamienia się w małą chwilę uważności.
Kolejnym punktem obserwacyjnym jest zamknięty roślinny ekosystem, który kilka dni po 4 urodzinach stworzył Bruno. Samozadowolenie, duma, ekscytacja wszystko jest zamknięte w szkle.
Bruno sam wybrał rośliny, kolorystykę żwirku, więc personalizacja sprawiła, że ekosystem jest szyty na miarę.
Fittonia, Hemionitis arifolia, Bielistka siwa
Naturalnie fittonia bardzo lubi podlewanie, dlatego jako pierwsza roślinka dla dziecka nie jest odpowiednia, jednak w kompozycji zamkniętej, w stabilnych warunkach może pokazać swój potencjał. Bez ryzyka, że mały przyjaciel zwiędnie.
Marimo Moss w kuchni
Każdy z nas ma większą lub mniejszą potrzebę opieki. Dlatego tak chętnie zapraszamy do swoich domów rośliny czy zwierzęta.
Dla mnie takim małym obiektem opieki jest Marimo. Jest dla mnie jak Tamagotchi – pamiętacie to elektroniczne jajko, w którym żyło wirtualne zwierzątko? Marimo działa na mnie podobnie, tylko zamiast elektroniki mam przed sobą żywą, zieloną, puchatą kulkę, która przypomina małego, kojącego stworka.
Uwielbiam patrzeć, jak delikatnie unosi się w wodzie. Samo jego istnienie uspokaja – jakby wprowadzało do wnętrza spokój jeziora, z którego pochodzi. Moje Marimo cieszy oczy w kuchni, ale równie dobrze sprawdzi się w łazience bez okna, bo do życia wystarczy mu odrobina światła, by fotosyntetyzować i rozwijać się.
Mój syn uwielbia te zielone kuleczki, każda wymiana wody jest ekscytującym rytuałem. Mogę napisać śmiało, że jest to doświadczenie, które daje dziecku mnóstwo frajdy i poczucie sprawczości.
Wszystko w naszej rzeczywistości ma na siebie wpływ. Procesy związane z cyklicznością pór roku, z cyklem dobowym, księżycowym, z cyklem menstruacyjnym… działają i wpływają na siebie.
Dlatego tam gdzie mogę wprowadzam spokój i stabilność a mam na myśli to, że miejsce w którym śpię, odpoczywam, choruję chcę aby było neutralnym tłem dla mojej bujnej wyobraźni czy gonitwy myśli. Na zdjęciu prezentuje się ponownie Sansevieria i jej gatunkowy mix z różnych odmian.
Sypiące się listki, które opadają przez to, że nie podlałam roślinny w odpowiednym momencie są dla mnie wystarczającym powodem aby takiej rośliny nie zapraszać do swojej przestrzeni. O tym chcę myśleć jedynie w Nature Concept. Dlatego takie gatunki jak Pellaea Rotundifolia, Trzykrotka Tradescantia, która mimo swojego uroku rozrzucając swoje kwiatuszki sprawiłam, że zniknęła, aby Roomba podczas sprzątania nie musiała zapychać się zbyt często.
Często zapominamy o tym, że na roślinach osiada kurz, dlatego dla mnie istotne jest aby roślina była mocna i nie uszkodziła się podczas odkurzania albo prysznica. Dla dobrej kondycji rośliny oraz czystego powietrza w domu warto je oczyszczać.
Jedyną gwiazdą w łazience jest Epipremnum Pinnatum Aureum, którą dostałam od mojej klientki i przyznam, że nie podlewam jej wodą odstaną, nawadnia się jedynie podczas mojej kąpieli. Co widać na liściach, które przecieram co jakiś czas, ponieważ osad mineralny z wody prysznicowej łatwo osiada i zaburza roślinne procesy. O tym, że nie warto pryskać roślin doniczkowych można przeczytać w tym artykule.
Rośliny, które rosną w mojej przestrzeni często są wynikiem relacji z moimi klientami – tak ja też dostaję od Was rośliny, lub tak jak Echmea albo Sansevieria są od mojej mamy. Te które sama wybrałam na przestrzeni lat łączy jedno – welur albo są włochate. Crassula Boomerang i Kalanchoe orygalis są tak przyjemne w dotyku, że mogłabym je miziać i miziać. Działają na mnie uspokajająco.
W salonie prezentuje się – Echmea wstęgowata. Po kilku latach dorastania dorobiła się centralnego miejsca na parapecie.
Echmea w naturalnym środowisku porasta konary drzew – jest epifitem, czyli rośliną, która nie rośnie w ziemi, lecz przyczepia się do drzew, czerpiąc wodę z powietrza i deszczu. W domu wygląda jak żywa rzeźba – jej liście tworzą lejkowatą rozetę, a ze środka co jakiś czas wyrasta różowy pęd zakończony kwiatostanem w kształcie gwiazdy, który potrafi utrzymać się nawet przez 4 miesiące.
Nie trzeba jej często podlewać – woda gromadzi się w jej rozecie, stąd potoczna nazwa „Vase Plant”, czyli roślina–wazon. A kiedy zakwita, cała przestrzeń wokół nabiera nowej energii.
Darmowa dostawa od 500 zł Zamknij